Teatr Telewizji TVP

Stanisława Celińska: kobieta doświadczona

– Jak większość starszych ludzi, którzy lubią to, co było treścią ich dzieciństwa i młodości, Kazia uważa, i słusznie, że tradycja jest nam potrzebna. Posuwa się nawet do sformułowania, że „bez tradycji jesteśmy zwierzętami” – mówi Stanisława Celińska, odtwórczyni roli Kazi w „Branczu” Juliusza Machulskiego.

Kazia jest reprezentantką starszego pokolenia, konfrontującą się z pokoleniem dzieci i wnuków…

– Kazia to stara już, doświadczona kobieta. Ma za sobą także jakieś doświadczenia wojny. Jej życie zostało wyznaczone przez wszystko to, co łączy się ze słowem „przetrwać”. To było pokolenie, które musiało walczyć o najdrobniejsze rzeczy, takie, które dziś dla młodych są oczywiste, czasem o łyżkę i talerz, o coś do jedzenia, czasem o byle łach na grzbiet, nie mówiąc już o byle jakim dachu nad głową, choćby kątem u kogoś. To ją utwardziło, sprawiło, że bywa przykra, obcesowa, niecierpliwa.

Kazia jest tradycjonalistką w każdym calu…

– Jak większość starszych ludzi, którzy lubią to co dobrze poznali, co było treścią ich dzieciństwa i młodości. Uważa, i słusznie, że tradycja jest nam potrzebna, posuwa się nawet do sformułowania, że „bez tradycji jesteśmy zwierzętami”.

Drażni ją nowa rzeczywistość, nasycona rzeczami, sytuacjami, obyczajami i słowami, których nie było za jej czasów…


– Tak, toteż przedrzeźnia te brancze-blancze-srancze. Wydaje jej się to niepotrzebnym zbytkiem. Nie rozumie po co organizować święta w restauracji, po co na to wydawać pieniądze, skoro, jak mówi, za cenę dań dla jednej osoby zrobiłaby zakupy na cały miesiąc.

Ma też cechy niesympatyczne, na przykład niegrzecznie traktuje obsługującą kelnerkę…

– To nawyk wyniesiony z czasów, kiedy ludzie traktowali się wzajemnie bardziej obcesowo niż dziś, kiedy częściej po chamsku i z góry traktowano osoby zależne, usytuowane niżej z różnych powodów.

Dziś jest pod tym względem lepiej?

– Lepiej może nie, ludzie nie są dla siebie lepsi, ale na ogół formy złagodniały, uładziły się, jest więcej poprawności, nie uchodzi krzyczeć na kelnera czy na sprzedawcę. Mniej jest takiego bezczelnego pohukiwania, co nie znaczy, że więcej prawdziwej życzliwości. Poza tym Kazia ze swoim tradycjonalizmem nie jest święta, miała kochanka, dbała o swoje. Nie jest to więc postać pozytywna. W tym przedstawieniu nie ma pozytywnych postaci. Czas pozytywnych postaci w sztuce chyba w ogóle się skończył.

W Teatrze Telewizji debiutowała Pani w 1970 roku. Co Pani najlepiej pamięta z tamtego okresu?

– Że graliśmy prawie samą klasykę. Co rusz był Tołstoj, Wyspiański, Fredro. A dziś klasyki się prawie nie gra…

Debiutowała Pani rolą Melibei w „Celestynie” Rojasa, czyli autora z przełomu XV i XVI wieku…

– No właśnie, a dzisiaj nikt nie chce się zajmować dawną klasyką. Chyba uważa się, że problemy, które podejmowali ci najdawniejsi autorzy, są już dziś nieaktualne. Pamiętam też taką kostiumową rolę gospodyni proboszcza w „Cnocie uciśnionej” osiemnastowiecznego autora angielskiego, Fieldinga.

A ja Panią pamiętam szczególnie z roli Racheli w krakowskim telewizyjnym „Weselu” w reżyserii Lidii Zamkow, jako Luizę w „Intrydze i miłości” Schillera, Pawłową w „Marcowym kawalerze” Blizińskiego, a także jako tytułową „Szaloną Gretę” według Stanisława Grochowiaka…

– O słynnej trucicielce z Francji. A poezję Grochowiaka uwielbiam i szkoda, że o niej zapomniano. Dawne czasy. To były czasy pierwszych spotkań z takimi ludźmi jak Andrzej Łapicki czy Gustaw Holoubek. Pierwszy reżyserował ze mną „Żywego trupa” Tołstoja, i to dwa razy, a drugi „Przyjdzie taki pod sam dom” według powieści Caldwella „Sługa boży”, gdzie grałam Denny, a Gustaw pastora. Trudno dziś w to uwierzyć, ale grałam też Anielę w „Ślubach panieńskich” Fredry w reżyserii samego wielkiego Bohdana Korzeniewskiego, którego wiedzy i złośliwości wszyscy się bali jak ognia.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Krzysztof Lubczyński