Teatr Telewizji TVP

Anna Seniuk: śmieszny kapelusik i skrupuły

– Dziewczęcy sposób ubierania się, ale na modłę dziewcząt sprzed lat... Alicja jest też zabawna w swoim mocno egzaltowanym sposobie bycia, pełnym ochów i achów i rozmaitych, trochę staromodnych zasad – mówi Anna Seniuk, odtwórczyni roli Alicji w „Branczu” Juliusza Machulskiego.

Kim jest Alicja tym rodzinno-polskim kociołku?

– Kiedy przeczytałam sztukę Juliusza Machulskiego, pomyślałam sobie, że takie panie jak Alicja, spotkałam w życiu dziesiątki razy, a może i mnie zdarzyło się kilka sytuacji, że byłam kimś podobnym do niej. Alicja to starsza pani, inteligentka o zacięciu społecznikowskim. Jest zabawna i nawet wzruszająca w tym swoim trochę naiwnym widzeniu świata, choć przecież sam wiek wskazuje, że musiała sporo przeżyć.

Alicja nosi się w sposób charakterystyczny dla inteligentek humanistek trochę starego typu: kolorowy, trochę śmieszny kapelusik, fikuśny strój…

– Taki dziewczęcy sposób ubierania się, ale na modłę dziewcząt sprzed lat. Alicja jest też zabawna w swoim mocno egzaltowanym sposobie bycia, pełnym ochów i achów i rozmaitych, trochę staromodnych zasad, rozmaitych skrupułów.

I co rusz podkreśla, że nie ma żadnych wymagań, że nie trzeba sobie nią zawracać głowy…

– To także rys charakterystyczny dla kobiet tego pokolenia. Wychowywano je w duchu służenia innym, przedkładania cudzych potrzeb ponad swoje. Na pierwszym planie były potrzeby męża, dzieci, a dopiero potem takich kobiet jak Alicja. To im weszło w krew i nawet kiedy przyczyny takich postaw ustały, one nadal powielają swoje  wyuczone odruchy.

W pewnym momencie Alicja wypowiada się także w kwestiach pozaprywatnych. Np. ocenia poprzedni ustrój. Mówi, że socjalizm czy komunizm był dobrą ideą, tylko ludzie do niej nie dorośli…


– To pogląd dość często spotykany w pokoleniu Alicji, czyli w moim pokoleniu. W tamtych czasach mocno to nam wciskano do głów, zwłaszcza w szkole. Gdy tylko źle się działo, mówiono, że ludzie wypaczyli ideę, że to my wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za niedociągnięcia, za niedostatki i niedogodności życia w socjalizmie.

Ze słów Alicji wynika, że mimo swojego uznania dla socjalizmu, jest też osobą wierzącą, a w każdym razie chodzącą do kościoła…

– To również jest rysem charakterystycznym dla tej generacji. W szkole mówiono jedno, w domu drugie. To wcale nie było tak, że wszyscy dobrze wspominający czasy PRL, to ateiści. Młodzi ludzie nie pamiętają sytuacji, w których niektórzy ludzie należący do partii i pełniący eksponowane stanowiska chodzili do kościoła, tylko najchętniej w jakiejś dzielnicy odległej od ich miejsca zamieszkania.

W tym roku mija 48 lat od Pani debiutu w Teatrze Telewizji, w „Martwych duszach” według Mikołaja Gogola w reżyserii Zygmunta Hübnera.

– Hübner był ważną postacią w moim życiu zawodowym. Zagrałam też w jego przedstawieniu „Zygmunta Augusta” Wyspiańskiego, w  „Świętoszku” Moliera i „Poskromieniu złośnicy” Szekspira, u boku Tadeusza Łomnickiego.

Kto jeszcze z reżyserów, z którymi pracowała Pani w Teatrze Telewizji, szczególnie wpisał się w Pani pamięć?

– Cała plejada. Gustaw Holoubek, Aleksander Bardini, Jerzy Gruza, Maciej Wojtyszko, Tomasz Zygadło. Bardzo dobrze wspominam współpracę z Ludwikiem Rene, w tym w „Jakubie” według powieści du Garda „Rodzina Thibault”, a kilka lat później w klasycznej inscenizacji „Ruy Blasa” Wiktora Hugo, gdzie zagrałam Królową. Dobrze wspominam też „Sprawę Ewy Evard” według powieści Struga, „Żółty krzyż” wyreżyserowaną przez Andrzeja Zakrzewskiego w poetyce teatru sensacyjnego. Chcę wspomnieć też nieodżałowanego Andrzeja Łapickiego. To był wzór artysty i dżentelmena w pięknym, trochę staromodnym stylu.

Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiał: Krzysztof Lubczyński