Teatr Telewizji TVP

Andrzej Zieliński: rodzinne konflikty podszyte uczuciem

– Słyszałem, że są ludzie, których dopinguje jakiś poziom stresu na planie. Ja po prostu tego nie potrzebuję i wręcz nie znoszę, kiedy ktoś, czy coś mi przeszkadza. A tu wszystko służy temu, żeby czuć się dobrze i jak najlepiej wykonać swoją robotę – mówi Andrzej Zieliński, grający rolę Szymona w spektaklu Teatru Telewizji „Brancz” Juliusza Machulskiego.

Jak Pan przyjął zaproszenie do tego spektaklu Juliusza Machulskiego?

– Oczywiście z radością. Myśmy się z Julkiem poznali już dawno temu, ale tak na serio nie pracowaliśmy razem. Kiedy więc dowiedziałem się, że zaprasza mnie do współpracy, to oczywiście bardzo się ucieszyłem. Tym bardziej później, kiedy przeczytałem sztukę, którą napisał – bardzo sprawnie i dowcipnie. Innej reakcji być nie mogło.

Na planie spektaklu można spotkać aktorów z różnym zawodowym stażem – są Panie Anna Seniuk i Stanisława Celińska, jest Pana rówieśnik, czyli Cezary Pazura, ale też jest aktorska młodzież, czyli Dawid Ogrodnik, co prawda już nieco obsypany nagrodami, ale dla Alicji Juszkiewicz jest to debiut…

– To jest takie środowisko stosunkowo jednak nieduże. Z Anią czy ze Stasią znamy się od lat. Pracowaliśmy już ze sobą – ze Stasią to nawet w jednym teatrze przez chwilę. Wcześniej nie znałem młodych, ale tutaj wszystko się zgadza.

Gra Pan postać Szymona. Co Pan może o nim powiedzieć?

– Szymon jest pisarzem, który ma jakiś „blok” pisarski, jak nazywają to jego żona i pasierbica, czyli coś z jego weną jest nie tak. Tutaj na branczu w hotelu zostaje postawiony w sytuacji konfrontacyjnej. Wychodzą na jaw jego ciągłe walki z matką, którą momentami traktuje bardzo obcesowo. To wszystko oczywiście wypływa z miłości, bo on chciałby, żeby matka była jak najbardziej doskonała. Dodatkowo Szymon zostaje postawiony w sytuacji konfrontacji z byłym mężem swojej kobiety, który w sztuce nie jest osobą szczególnie lubianą przez nikogo.

Już nazwanie kogoś Zdzisław Knecht ujawnia, jaki jest stosunek autora sztuki do tej postaci…

– Strasznie ciężko na to reagowaliśmy, bo Czarek Pazura ma tak naturalny wdzięk, że ciężko mu się oprzeć. W spektaklu my wszyscy reagujemy na niego jak na jakąś potworną alergię. 

Ta postać grana przez Cezarego Pazurę wydaje się być przeciwieństwem Szymona…

– Tak. Jest on ekstrawertykiem, taką duszą towarzystwa. Jest kimś, kto na każdym kroku usiłuje wzbudzać, mniej lub bardziej skutecznie, zainteresowanie otaczających go ludzi. Natomiast Szymon jest osobą raczej spokojną, delikatną, chyba że ma do czynienia ze swoją mamą. Wtedy momentami wychodzi z niego zwierzę.

Jakimi cechami w pracy z aktorem na planie wykazuje się Juliusz Machulski?

– Przed wszystkim spokojem, co jest wspaniałe. Tutaj jest po prostu higienicznie. Nawet jak wymyślamy jakieś rzeczy, to robimy to wcześniej. Nawet trudno mi powiedzieć, bo tu – jak wcześniej powiedziałem – wszystko się zgadza, przynajmniej w mojego punktu widzenia. Nie ma jakichś napięć, których ja osobiście na planie nie lubię. Słyszałem, że są ludzie, których dopinguje jakiś poziom stresu na planie. Ja po prostu tego nie potrzebuję i wręcz nie znoszę, kiedy ktoś, czy coś mi przeszkadza. A tu wszystko służy temu, żeby czuć się dobrze i jak najlepiej wykonać swoją robotę.

Jeśli chodzi o Pańskie role, czy ma Pan możliwość doboru, różnicowania ich, czyli  jakiegoś bilansowania tych komediowych i dramatycznych? Czy bardziej to wszystko zależy od ślepego losu?

– Jest tak, że tych bardzo interesujących propozycji nie ma aż tyle, żeby można było sobie równoważyć jedno drugim. W teatrze to w ogóle nie do mnie należy decyzja – o tym w czym ja zagram decyduje dyrektor. Aktor jest od grania. Natomiast jeśli chodzi o film i telewizję, ja po prostu staram się wybierać jakieś projekty ciekawe, które mnie interesują, żeby rola albo scenariusz w całości były w jakiś sposób zadowalające, by było to ciekawe do pracy.
 
A jakie ma Pan przeczucie, jeśli chodzi o ten spektakl. Ludziom się to spodoba?

– No, mam nadzieję. Nie chcę zapeszać i nigdy nie próbuję przewidywać takich rzeczy, choć mam nadzieję. Jest to w bardzo przystępny sposób opowiedziana historia rodzinna, gdzie niby są olbrzymie napięcia między córkami i matkami, synami i matkami, napięcia pokoleniowe, przeróżne powroty do przeszłości, gdzie ludzie sobie wyrzucają jakieś straszne rzeczy. Jest to jednak podszyte uczuciem, że ci ludzie są razem, że spędzają jakieś święta razem, a jeżeli nie mogą, to robią jakiś „erzac” tych świąt. Wszystko to jest mam nadzieję zabawne i będzie dla widza.

I chyba wyczuwalne jest to charakterystyczne poczucie humoru Juliusza Machulskiego…

– No, tak. Trudno, żeby nie…

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Paweł Pietruszkiewicz