Teatr Telewizji TVP

Olga Bołądź: wisienka na torcie

– Akcja toczy się w restauracji hotelu Helton. Na tytułowy brancz członkowie rodziny nie przybywają razem, stąd pojawiam się przy stole wielokrotnie. Zachowuję się jak typowa kelnerka w bardzo dobrej i drogiej restauracji, czyli według zasady „klient ma zawsze rację” – mówi Olga Bołądź o swojej roli w spektaklu Teatru Telewizji „Brancz” Juliusza Machulskiego.

Jeżeli coś jest autorstwa i w reżyserii Juliusza Machulskiego to możemy niemal w ciemno założyć, że jest to komedia. Czy lubi Pani tę formę?

– Bardzo lubię i sobie cenię. Mam w teatrze żywego planu doświadczenie grania komedii. Zawsze wymaga to dużej sprawności i współpracy z kolegami na planie, słuchu i wrażliwości na reżysera – trzeba wyczuć jaki jest sposób myślenia i jak wejść w wykreowany przez niego świat. Tu dodatkowo mam możliwość pracy z Juliuszem Machulskim, mistrzem komedii, u którego zawsze chciałam zagrać. Cieszę się, że zwrócił się z propozycją zagrania roli właśnie do mnie.
 
Czy miała Pani już okazję występować w Teatrze Telewizji?

– Jest to mój debiut i jestem bardzo zadowolona, że ten występ przypadł na przedstawienie w reżyserii Juliusza Machulskiego. Miałam poprzednio kilka podejść „do tematu”, ale w końcu nic z tego nie wychodziło.

Pani rola w tym spektaklu może nie jest zbyt duża, ale pojawia się Pani na planie dość regularnie?

– Akcja toczy się w restauracji hotelu Helton. Na tytułowy brancz członkowie rodziny nie przybywają razem, stąd pojawiam się przy stole wielokrotnie. Zachowuję się jak typowa kelnerka w bardzo dobrej i drogiej restauracji, czyli według zasady „klient ma zawsze rację”. Mimo, że przez niektóre osoby jestem traktowana nieco z góry, to zawsze odpowiadam: „oczywiście”, „tak, proszę pani”, czy „tak, proszę pana”. Jest scena gdy Stanisława Celińska jako spektaklowa Kazia żąda dla siebie pulpetów w sosie koperkowym, których nie ma w menu. Ja jednak jako wzorowa kelnerka dostarczam jej to danie spoza karty.

U Juliusza Machulskiego często bywa przewrotnie. W poprzedniej komedii rodzinnej „Matka brata mojego syna” rolę tytułową zagrała Milena Suszyńska, która nie wypowiada w spektaklu ani słowa. W „Branczu” właśnie do kelnerki należy ostatnie zdanie…


– Tak, taką nagrodą dla mnie jest finał, którego oczywiście nie będę zdradzać, bo nie chcę psuć zabawy telewidzom. Moja postać ma w tym przedstawieniu dosyć ciekawe zakończenie i jest to jakby pointa dla całej sztuki – właśnie przez moją postać. Zdecydowanie ta wisienka na torcie przypada właśnie mnie, dzięki łaskawości autora sztuki.

Jeśli chodzi o pracę z Juliuszem Machulskim, to czy jest on otwarty na jakieś sugestie ze strony aktorów?

– Tak, zresztą on sam jest aktorem. Jest bardzo wyczulony i ma ucho na aktorów. Oczywiście uwagi przyjmuje i wielokrotnie dostosowuje różne rzeczy pod aktora. Wydaje mi się wręcz, że Juliusz Machulski jest osobą, która kocha swoich aktorów. Oczywiście, ostatnie zdanie należy do niego, bo ostatecznie to on jest reżyserem, czyli Panem Bogiem na planie.

Rozmawialiśmy ostatnio na planie „Czasu honoru”. Wyglądała Pani nieco inaczej. Niech zgadnę, chyba chodzi o włosy?

– (śmiech) Zagrałam główną rolę w filmie w reżyserii Patryka Vegi. Jednym z głównych wymogów scenariusza było to, żeby ściąć włosy. Musiałam też pochodzić na siłownię, żeby uwiarygodnić postać podporucznik Anny Lach. Akcja filmu rozgrywa się w kręgach służb specjalnych, więc właśnie ta moja postać powinna odpowiednio się prezentować.

Można, z pewną tylko przesadą, stwierdzić, że serial „Czas honoru” to dla Pani połowa życia zawodowego. Teraz powstała kolejna seria. Tak zwany prequel, który cofnął akcję do czasu Powstania Warszawskiego…

– Tak, akcja toczy się kilka dni przed i w czasie Powstania Warszawskiego. W moim przypadku na pewno będę musiała występować w peruce, bo kobiety w latach czterdziestych ubiegłego wieku takich krótkich włosów nie nosiły. Mam nadzieję, że i ta seria „Czasu honoru” zgromadzi przed telewizorami wiernych widzów.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Paweł Pietruszkiewicz